czwartek, 6 marca 2014

Złoto w szczerym polu. Czy będzie więcej takich skarbów?

 

Beata Maciejewska2014-01-11
  • Awers zapinki z przełomu III i IV wieku znalezionej niedawno w Bielanach Wrocławskich Fot. Tomasz Gąsior
  • Denar cesarza Trajana znaleziony niedawno w Bielanach Wrocławskich Fot. Tomasz Gąsior
  • Rewers zapinki znalezionej w Bielanach Wrocławskich Fot. Tomasz Gąsior
  • Tak wyglądały lunule znalezione przed wojną na Zakrzowie. Na zdjęciach są wykonane przez Niemców kopie, oryginały zaginęłyMateriały Muzeum Miejskiego we Wrocławiu
  • Tak wyglądały lunule znalezione przed wojną na Zakrzowie. Na zdjęciach są wykonane przez Niemców kopie, oryginały zaginęłyMateriały Muzeum Miejskiego we Wrocławiu
  • Tak wyglądały lunule znalezione przed wojną na Zakrzowie. Na zdjęciach są wykonane przez Niemców kopie, oryginały zaginęłyMateriały Muzeum Miejskiego we Wrocławiu
  • Tak wyglądały lunule znalezione przed wojną na Zakrzowie. Na zdjęciach są wykonane przez Niemców kopie, oryginały zaginęłyMateriały Muzeum Miejskiego we Wrocławiu
Złotą zawieszkę z czasów rzymskich i denar cesarza Trajana znalazł na polu ornym w okolicy Bielan mieszkaniec Wrocławia. - To może być zapowiedź odkrycia na miarę słynnego skarbu zakrzowskiego - mówi archeolog Maciej Trzciński

Zawieszka to tzw. lunula, w kształcie półksiężyca (stąd nazwa - od łacińskiego luna), noszona na szyi, zdobiona techniką filigranu i granulacji. Zachowana niemal idealnie, bo złoto nie patynuje.

Grób albo zakopany skarb

- Datujemy ją na III-IV w. Znalazca, pan Łukasz Kopacz, na szczęście przyniósł ją razem z denarem do muzeum - mówi dr hab. Maciej Trzciński, szef wrocławskiego Muzeum Archeologicznego. - Pokazał dokładnie, gdzie znalazł. Zrobił nawet zdjęcia zawieszki i denara leżących jeszcze w ziemi. Zachował się profesjonalnie, dzięki temu będziemy mogli zbadać teren. Nie sądzę, żeby tak cenna ozdoba została przypadkowo zgubiona. Tym bardziej że obok niej leżał denar cesarza Trajana. To albo część wyposażenia grobu, albo tzw. skarb, jak w archeologii nazywamy zespół celowo ukrytych cennych przedmiotów.

Przypomnijmy: w 1886 r. na Zakrzowie podczas kopania piasku na potrzeby tutejszej papierni znaleziono trzy groby (tzw. książęce) datowane również na przełom III i IV w. Zmarłych wyposażono m.in. w naczynia szklane wykonane w Kolonii, srebrne noże, łyżki, nożyce, brązowe misy, złotą pęsetę i łyżeczkę do czyszczenia uszu, srebrne wiadro, m.in. ponad 20 sztuk niezwykle efektownych srebrnych i złotych zapinek, a także paciorki z bursztynu.

Zanim na miejscu zjawili się badacze z uniwersytetu pod wodzą profesora nauk medycznych Wilhelma Gremplera, cenne przedmioty zaczęły znikać. Trzeba było prowadzić rewizje w domach robotników i mieszkańców Zakrzowa, by je odzyskać. Dużą część spośród 300 wykopanych obiektów można oglądać dzisiaj we wrocławskim Muzeum Archeologicznym. Lunule też tu są, choć to nie oryginały, ale kopie wykonane przez Niemców zaraz po odkryciu.

- Zawieszki zakrzowskie pochodziły z warsztatów nadczarnomorskich, czyli terenów dzisiejszej Ukrainy, lunula z Bielan aż tak finezyjna nie jest, ale będziemy ją dopiero badać, m.in. chemicznie, żeby sprawdzić zanieczyszczenia kruszcu - tłumaczy dr hab. Maciej Trzciński.

Znaleźli tu też 2,5 tony bursztynu

Skąd na tych terenach takie bogactwo? Zmarłych z Zakrzowa posądza się o to, że sprawowali kontrolę nad częścią przebiegającego tędy szlaku bursztynowego. Na Partynicach niemieccy archeolodzy odkryli 2,5 t bursztynu. Z Bielan na Partynice daleko nie jest.

- Południe Wrocławia było gęsto zaludnione od czasów neolitu. Ludzi przyciągał tu żyzny czarnoziem - tłumaczy Trzciński.

Kilka lat temu w Domasławie odkryto podczas budowy obwodnicy Wrocławia wspaniałe zabytki kultury halsztackiej - ponad 100 bogato wyposażonych grobów z 750-450 r. p.n.e. Sensacja była wielka, bo to pierwsze takie odkrycie na ziemiach polskich. Archeolodzy z PAN wyciągnęli m.in. biżuterię, miecze, naczynia. Część przedmiotów to import z Italii. Czy równie sensacyjne odkrycie czeka nas na Bielanach?

- Mam nadzieję. Na razie przeprowadziliśmy badania wstępne, ale nic nie wykazały, bo pole było wielokrotnie przeorane. Teraz zamierzamy wykorzystać georadar. Jeśli są komory grobowe, mamy szansę je zlokalizować - zapowiada dr hab. Trzciński.

Nie ma znaleźnego, ale może być nagroda

Jeżeli archeologom się powiedzie, to przede wszystkim dlatego, że znalazca przyniósł zawieszkę do muzeum i opowiedział, gdzie znalazł. - Miałem już kilka przypadków, że ktoś podrzucał do muzeum w pudełku złote lub srebrne przedmioty. Nie ujawniał ani własnej tożsamości, ani miejsca znaleziska, bo się bał, że będzie miał kłopoty. Polskie prawo mówi, że wszystkie zabytki archeologiczne są własnością skarbu państwa. Ludzie tłumaczą: "Nic mi za to nie dacie i jeszcze zrobicie ze mnie złodzieja" - mówi Trzciński. - Tymczasem bez kontekstu taki przedmiot nie ma dla nas wartości, to tylko świecidełko. Dlatego warto przyjść i powiedzieć, skąd pochodzi. Nie wypłacamy wprawdzie znaleźnego, ale konserwator wojewódzki może wystąpić do ministra kultury o nagrodę dla znalazcy, nawet 120 tys. zł.

60 tysięcy poszukiwaczy skarbów

Archeolodzy szacują, że Polskę przeczesuje około 60 tys. poszukiwaczy skarbów. Robią to najczęściej nielegalnie, choć polskie prawo od 11 lat pozwala amatorom szukać zabytków, pod warunkiem że zgłoszą się do wojewódzkiego konserwatora zabytków. Ich odkrycia mogą być bardzo cenne, jednak ani nauka, ani muzea nie będą z nich miały pożytku.

- W grudniu mieszkaniec Żernik przyniósł do muzeum toporek halsztacki, a teraz dostaliśmy zawieszkę z denarem. Wyobraźmy sobie, ile takich skarbów musi być w schowkach poszukiwaczy - mówi Trzciński.

Zawieszka do żadnego schowka ani magazynu nie trafi. Będzie ją można oglądać na wystawie w Arsenale. Być może wkrótce dołączą do niej następne przedmioty z pola w Bielanach Wrocławskich.

Jarnołtówek- zdjecia



Art gallery twardowska

ART GALLERY TWARDOWSKA


PEJZAŻ ŚREDNIO REALISTYCZNY






PEJZAŻ BARDZO REALISTYCZNY


PEJZAŻE akryl na papierze. Wymiary: 60 x 40 cm.






PEJZAŻE akryl na papierze. Różne wymiary.

środa, 5 marca 2014

Gorączka złota nad Klondike

 

Z Wikipedii, wolnej encyklopedii
Gorączka złota nad Klondike – „gorączka złota” nad rzeką Klondike w Jukonie w Kanadzie, która rozgorzała w 1896 i zaczęła wygasać w pierwszych latach XX wieku.


Historia[edytuj | edytuj kod]

Długo przed 1896 r. zdawano sobie sprawę z możliwości znalezienia złota w północnej części Gór Skalistych. Po gorączce złota nad rzeką Fraser uwaga poszukiwaczy zwróciła się na tereny położone bardziej na północ. W sierpniu 1896 trzej poszukiwacze George Carmack, Skookum Jim i Tagish Charley znaleźli bogate złoża nad strumieniem Bonanza Creek, dopływem rzeki Klondike. Informacja, przez miesiące utrzymywana przez szczęśliwych górników w tajemnicy, wydostała się na świat w początku 1897 r., gdy obładowani złotem pojawili się w Seattle, wywołując histerię i napływ tysięcy poszukiwaczy.
Większość poszukiwaczy była przybyszami z USA, którzy podróżowali zatrzymując się w Seattle, gdzie nabywali zapasy żywności, namioty i narzędzia, i wyruszali na północ. Kolejnym przystankiem w drodze na tereny złotonośne była niewielka miejscowość Skagway u wrót Alaski, skąd już na piechotę lub jucznymi karawanami przedzierali się przez przełęcze Chilkoot lub White Pass. Stamtąd dostawali się do Dawson, siedziby administracji Jukonu. Niewielka część poszukiwaczy, głównie pochodzących z Kanady, wybierała drogę z Edmonton, wzdłuż wschodnich stoków Gór Skalistych.
Droga do Klondike.
Już w kwietniu 1897 r. w Dawson było zarejestrowanych 1,5 tysiąca górników, w sierpniu liczba ich osiągnęła 3,5 tysiąca, by w rok później dojść niemal do 30 tysięcy (obecnie ponad tysiąc mieszkańców).
W momencie wybuchu gorączki złota rząd Kanady był w czasie procesu tworzenia administracji Terytoriów Północno-Zachodnich i nie istniała jeszcze żadna administracja w Dystrykcie Jukonu, będącym ich najdalszą rubieżą. Doraźnie wysłano tam oddział nowo utworzonej Północno-Zachodniej Policji Konnej pod dowództwem Sama Steele'a. Pełnił on początkowo wszystkie funkcje administracyjne. Dzięki sprawności policji, gorączka złota nad rzeką Klondike stała się najspokojniejszym wydarzeniem tego typu.
Wydarzenia te zostały rozsławione w książkach m.in. Jacka Londona (Bellew Zawierucha) i Juliusza Verne'a (Skarby wulkanu), a także w licznych filmach np. niemej komedii Charliego Chaplina Gorączka złota (ang. The Gold Rush z 1925). Postać Walta Disneya Sknerus McKwacz zarobił swój pierwszy milion dolarów w czasie gorączki złota nad Klondike. Gorączka złota nad Klondike wygasła w 1903 r. po wyczerpaniu się głównych zasobów złota. Większość poszukiwaczy przeniosła się na Alaskę, gdzie także odkryto bogate złoża tego kruszcu.
Poszukiwacze złota
(1/4)▶
Kolejka poszukiwaczy wspinających się na przełęcz Chilkoot.
Kolejka poszukiwaczy wspinających się na przełęcz Chilkoot.
Na terenach eksploracji złóż złota utworzono Narodowy park historyczny gorączki złota nad Klondike (ang. Klondike Gold Rush National Historical Park) w USA i Dawson Historical Complex w Kanadzie, a także objęto ochroną muzealną szereg obiektów związanych z historią tych wydarzeń: Chilkoot Trail w Kolumbii Brytyjskiej – połączenia drogowe z kopalniami, a na terytorium Jukonu 12 kolejnych.

W kulturze[edytuj | edytuj kod]

W komiksach i filmach ze Sknerusem McKwaczem opowiada się, że jego fortuna rozpoczęła się od kupna za bezcen działki w Klondike, w której znalazł złoża złota, które potem zainwestował.

Zobacz też[edytuj | edytuj kod]

Bibliografia[edytuj | edytuj kod]

  • Wielka Ilustrowana Encyklopedja Powszechna, t.7, Wydawnictwo Gutenberga, Kraków 1993. ISBN 5-85167-007-X
  • Andrzej Krupa, Edyta Banaszkiewicz-Zygmunt, Witold Sienkiewicz, Elżbieta Weremowicz: Podręczna encyklopedia PWN. Warszawa: Wydaw. Naukowe PWN, 2002. ISBN 83-01-13706-1.

Linki zewnętrzne[edytuj | edytuj kod]

Commons in image icon.svg


sobota, 1 marca 2014

Wygrana w totka - największe nieszczęście



Padła druga najwyższa wygrana w historii Lotto. Blisko 31 mln zł! Fortunę przyniosły liczby: 11, 15, 25, 26, 33 i 48. Kto nigdy nie marzył o skreśleniu właściwych liczb? Sprawdzasz kupon totka i... JEST! Trafiasz "szóstkę". Okazuje się, że może to być dopiero początek problemów.

Wygrałeś, idziesz odebrać nagrodę, a tam dowiadujesz się, że zamiast milionów otrzymujesz marne tysiące. Niemożliwe? A jednak.

W zeszłym roku Europę obiegła informacja o szczęśliwcach, którzy wygrali w niemieckim Lotto. Okazało się, że sześć szczęśliwych liczb zakreśliło... 78 graczy. Zamiast zostać milionerami, muszą zadowolić się marnymi 30 tys. euro. W dotychczasowej historii tej loterii zaledwie pięć razy zdarzyło się, by "szóstkę" trafiło jeszcze więcej graczy. Rekord padł w styczniu 1988 r., gdy udało się to aż 222 posiadaczom kuponów.

Także w Polsce mieliśmy takie przypadki. I to wcale nie tak mało.

Do legendy urosła historia wygranej z 1994 r. Jeden ze szczęśliwców, którzy trafili "szóstkę", postanowił urządzić prywatkę, jakiej nie widział nikt w całej wsi. Problemy zaczęły się, gdy imprezowy wybraniec losu zgłosił się po odbiór milionów. Okazało się, że główną nagrodą musi się podzielić z 80 osobami! Każda z wygranych wyniosła poniżej 7 tys. zł - 70 mln "starych" złotych.... Podobno, by spłacić długi zaciągnięte na wspomnianą imprezę, komornik musiał zlicytować jego ciągnik...

Czytaj także: Padła druga najwyższa wygrana w historii!

Przedstawiciel Totalizatora sportowego przypomina sobie inną "rekordową" wygraną. Miała ona miejsce dwa lata później.
- Rzeczywiście 3 lutego 1996 r. padło aż 15 "szóstek", każda po 100 000 zł - zauważa Przemysław Stasz z Totalizatora Sportowego.


Ogólnie początek 1996 r. nie był szczęśliwy dla potencjalnych milionerów. Druga najniższa "szóstka" w licząc od 1991 r. padła miesiąc później. 12 osób wygrało po 116 738,6 zł. Kolejny rekord padł 29 sierpnia 2007 r. główną nagrodę zgarnęło 9 wygranych. Dostali po 455 880,10 zł.

Czasem los jest bardziej łaskawy. I choć szczęściem musimy się dzielić się ze sporą grupą innych osób. Wygrana i tak jest duża. Dniem milionera był 29 września 2009 r. Kumulacja przekroczyła 37 mln zł. Szczęśliwe liczby skreśliło osiem osób (przypomnijmy, że szansa na trafienie "szóstki" jest jak jeden do 13 milionów). Każda z nich zgarnęła po 4 670 943,30 zł.

Właśnie padła druga najwyższa wgrana. Szczęśliwiec wygrał blisko 31 mln zł. Rekord padł w lutym tego roku w Gdyni. Wcześniej najwyższa wygrana padła 27 września 2011. Dwóch szczęśliwy zwycięzców zgarnęło po 28 083 296,60 zł. Kumulacja sięgnęła 56 mln zł.

Oczywiście są miejsca gdzie "szóstkę" trafiano wielokrotnie. W Warszawie już 82 osoby wygrały ponad milion złotych w Lotto. W Krakowie były 32 takie przypadki. Zdarzały się wręcz sytuacje, że w jednym losowaniu przybyło dwóch "szóstkowiczów" z jednego miasta.
- W rankingu Lottomilionerów wystąpiła trzy razy taka sytuacja. W 2002 r. w Opolu - 1 749 234 zł, i dwukrotnie w Warszawie. W 2002 r - 1 056 321 zł w 2007 r. - 4 376 168 zł - wylicza Przemysław Stasz.

Jaką liczbę wytypować więc w najbliższym losowaniu? Podpowiemy tylko, że od 1 stycznia 2000 r., najczęściej losowana była... 13.

Wygrał 20 milionów złotych w Lotto. Ludzie zastanawiają się: Co z nimi zrobi?

 

Piotr Zapotoczny
28.12.2013 , aktualizacja: 27.12.2013 19:13
AAADrukuj

Izabela Szumna, która sprzedała zwycięski los
Izabela Szumna, która sprzedała zwycięski los (Fot. Piotr Zapotoczny)
W wigilijny wieczór w Baborowie padła szóstka w Lotto. Wygrana to 20 mln zł, czyli więcej niż cały budżet miasteczka. Jego mieszkańcy nie mają wątpliwości: każdy po takiej wygranej zabrałby pieniądze i wyjechał gdzieś, gdzie są lepsze perspektywy.
Baborów leży przy granicy polsko-czeskiej, niedaleko Głubczyc. Miejscowość zamieszkuje zaledwie ponad 3 tys. mieszkańców, a na tablicy informacyjnej przy urzędzie miasta można przeczytać, że to "spokojne, małe miasteczko, usytuowane z dala od dużych aglomeracji miejskich".

W pierwszy dzień świąt Bożego Narodzenia nazwa miejscowości pojawiła się jednak we wszystkich lokalnych i ogólnopolskich mediach, a i sami mieszkańcy nie mówią teraz o niczym innym niż o "szóstce", która w wigilijny wieczór padła tam w losowaniu Lotto. Szczęściarz wygrał 20 mln zł, kupując zakład na "chybił trafił". To o 3 mln więcej, niż wyniesie w przyszłym roku cały budżet Baborowa.

Kto trafił szóstkę?

Zwycięski kupon sprzedano w saloniku prasowym, ulokowanym w pasażu handlowym dyskontu Biedronka. To jedyny sklep wielkopowierzchniowy w Baborowie i centrum życia miasteczka. Tuż obok znajdują się jeszcze zespół szkół, przychodnia, apteka i urząd miasta. Stąd każdy, kto ma coś do załatwienia w jednym z tych miejsc, często zachodzi jeszcze - przy okazji - do dyskontu.

- Zakupy robią tu zarówno mieszkańcy Baborowa, jak i okolicznych wiosek. Po odejściu od kasy w dyskoncie część z nich przychodzi jeszcze kupić gazetę, papierosy lub wysłać kupon w totka. Przed świętami, gdy zapowiadano kumulację, sprzedaliśmy o dwie-trzecie więcej kuponów niż zwykle - mówi sprzedawczyni Izabela Szumna.

Po ogłoszeniu wyników losowania ruch w saloniku prasowym jeszcze się zwiększył.

- Mnóstwo ludzi przychodzi teraz i pyta, czy to tu padła główna wygrana i czy pamiętam, kto mógł kupić zwycięski kupon. Nie pamiętam. Ruch przed świętami był tak duży, że trudno ustalić nawet płeć zwycięzcy - mówi Izabela Szumna.

"Każdy by wyjechał"

Mieszkańcy są ciekawi, kto wygrał, ale nie spodziewają się, by szczęściarz w okolicach Baborowa został na dłużej. - Najprawdopodobniej wyjedzie stąd i kupi nieruchomość w większym mieście. Pojedzie gdzieś, gdzie są perspektywy.

Podobnie mówią ludzie, z którymi rozmawiam. - Baborów, to mała miejscowość i każdy tu zna każdego. Myślę, że po ujawnieniu się z wygraną, trudno byłoby zwycięzcy zaznać spokoju. Sama też bym tak postąpiła - przeniosła się z dzieckiem do Warszawy lub Poznania. Część pieniędzy przeznaczyłabym pewnie na cele charytatywne, bo dwadzieścia milionów to ogromna kwota - mówi Szumna.

- Miasto jest małe i rolnicze, nie ma tu przemysłu ani handlu. Jeśli w niedługim czasie ktoś wyjedzie lub zrobi większe zakupy, to szybko się dowiemy, kto jest milionerem. Trudno tu będzie coś takiego utrzymać w tajemnicy - mówi pan Grzegorz, rolnik.
 
Co zrobić z pieniędzmi?

- Każda osoba, którą znam, bałaby się ujawnić z wygraną. Jeśli kupon wygrała starsza osoba: dziadek lub babcia, to pieniądze pewnie rozejdą się po rodzinie. Jeśli młoda, to jest niebezpieczeństwo, że pójdzie w hulaszczy tryb życia. Natomiast jeśli ma trochę oleju w głowie, to wygrane pieniądze zainwestuje, ale na pewno nie tu, w Baborowie. Bo niby w co miałaby te pieniądze wpakować? Pozostaje wyjechać gdzieś daleko - dodaje pan Czesław.

- Milioner mógłby otworzyć tu punkt doradztwa dla rolników, a dodatkowo żyć z odsetek na koncie. To małe, ale piękne miasto, z którego nie warto wyjeżdżać - twierdzi z kolei nauczycielka z miejscowej szkoły. - Każdy tu teraz rozmawia o totolotku i z ciekawością rozgląda się za zwycięzcą. Cieszymy się też tym, że o Baborowie zrobiło się głośno w całej Polsce - dodaje.

Nowe pokolenie ma trudniej

Dawniej w Baborowie działały duże zakłady cukrownicze, mleczarnia i cegielnia, ale nie przetrwały zderzenia z kapitalizmem. - Teraz największym pracodawcą w okolicy jest szkoła - mówi burmistrz Elżbieta Kielska. Gmina zmaga się też z ogromnym bezrobociem - ile dokładnie osób z Baborowa nie ma pracy, nie policzono, ale w powiecie skala bezrobocia sięga 18 proc., toteż wiadomość o "szóstce" wygranej w lotto spowodowała rozbudzenie nadziei na nową inwestycję.

- Byłoby wspaniale, gdyby zwycięzca został w Baborowie i stworzył tu nowe miejsca pracy - mówi Kielska. Zaraz jednak dodaje: - Trudno jednak nawet doradzić, w co należałoby zainwestować, by powstał dochodowy biznes.

- Nowe pokolenie ma o wiele trudniej na rynku pracy niż moje, dlatego wyjeżdża. To problem nie tylko Baborowa, ale i całej Polski. Nie dziwię się, że wiele osób próbuje poprawić swój los i gra w totolotka, licząc na wygraną - puentuje burmistrz Kielska.


Cały tekst: http://opole.gazeta.pl/opole/1,35114,15195678,Wygral_20_milionow_zlotych_w_Lotto__Ludzie_zastanawiaja.html#ixzz2ujCc2msq