czwartek, 27 lutego 2014

Złoto i dolary w skarpecie. Znalezione nie kradzione?


 

Dodano: 17 stycznia 2014, 5:15 Autor:
- I za co go ukarać? Że jemu dopisało szczęście i znalazł po tylu latach! Rodzina szukała bez skutku. Może duch zmarłego go tam pokierował i użył pieniędzy w dobrej sprawie - komentuje na facebooku Wanda.
Przeczytaj też: Złomiarz znalazł złoto w skarpecie i spłacił długi

- Za co, że miał dobre intencje? Jakby miał pracę, to by tam się nie zakradał po złom... - twierdzi Maja.
- W tym kraju nic się nie da zrobić, bo o wszystko cię oskarżą, zatrzymają, wycyckają z kasy do ostatniej złotówki. A jeśli chodzi o kary za morderstwa czy pobicia, to znowu żarty. Dłużej można siedzieć za posiadanie marihuany, niż za skatowanie na śmierć psa. Nic tylko stąd spier... - komentuje Adrianna.
Marta: - Znalezione nie kradzione, jest takie przysłowie, a oni go ukarali.

Jednak internauta Peter ma inne zdanie: - Czytam komentarze i nie wierzę własnym oczom! Nikt nie potrafi czytać ze zrozumieniem! Ten człowiek nic nie znalazł, tylko włamał się do czyjegoś domu i UKRADL to, co było w środku własnością właścicieli obiektu, w tym przypadku domniemam, że spadkobierców!
A Agata dodaje: - Takie prawo, jak znalazł powinien odnieść na policję, należne 10 proc. znaleźnego... Wtedy byłoby uczciwie, ale na pewno finansowo mniej korzystnie.

Internauci na profilu facebookowym "GL” dyskutowali o historii z jednej ze wsi pod Pełczycami (powiat choszczeński). 25-latek szukał złomu w jednym z opuszczonych domów i znalazł starą skarpetę, przybitą gwoździem do ściany. A w niej... 180 gramów biżuterii. Złoto zabrał i sprzedał w Barlinku za ponad 10 tys. Spłacił dzięki temu swe długi, m.in. zadłużenie mieszkania.

Na początku stycznia namierzyła go jednak policja. - 7 stycznia zatrzymaliśmy mężczyznę, który przywłaszczył sobie znalezione złoto - mówi Jakub Zaręba, rzecznik policji w Choszcznie.

Skąd ten drogocenny kruszec znalazł się w starej skarpecie w opuszczonym budynku? Jego historia ma już dobre parę lat. Starszy mężczyzna, który tam mieszkał nigdy nie miał zaufania do wartości pieniędzy. Wszystkie oszczędności lokował w złotej biżuterii. Według jego rodziny zgromadził aż trzy kg złota. W 2006 r. powiedział synowi, że "skarb” ukrył w domu. Nie powiedział jednak, gdzie konkretnie. Kilka dni potem zmarł.

Spadkobiercom nie udało się odnaleźć biżuterii, w końcu stracili nadzieję i przestali odwiedzać dom pod Pełczycami.

25-latek, który ukradł oszczędności, jest w rękach policji. Postawiono mu zarzut kradzieży, grozi za to kara do pięciu lat więzienia. A w czwartek 16 stycznia pojawiły się nowe ustalenia pełczyckiej policji.

Jak się okazało w skarpecie oprócz złota były też dolary: 38 studolarowych banknotów emitowanych w latach 1964 -1978. Złodziej ukrył gotówkę, ale policjanci odzyskali dolary. Wciąż trwają też czynności zmierzające do odzyskania skradzionej biżuterii.

środa, 26 lutego 2014

Mityczny polski skarb templariuszy: Czy ukryto go w Chwarszczanach?

 

Data dodania: Ostatnia aktualizacja:
Polska
Jakub Szczepański
 
Mityczny polski skarb templariuszy: Czy ukryto go w Chwarszczanach?Mityczny polski skarb templariuszy: Czy ukryto go w Chwarszczanach?
Templariusze mieli ukryć swój skarb w templum w Chwarszczanach (Zachodniopomorskie) (© fot.JIM PRINGLE /ap)
Bursztynowa Komnata wcale nie zaginęła, a tajemniczy skarb templariuszy ukryto w Chwarszczanach - głoszą plotki. A że w każdej pogłosce jest trochę prawdy, skarbów w Polsce szukał Jakub Szczepański.
Skarby rozsiane po terytorium Rzeczypospolitej od dawna rozbudzają wyobraźnię polityków, archeologów, zapalonych poszukiwaczy, jak również przeciętnych zjadaczy chleba. Pozostałości po wojnach z Krzyżakami, potopie szwedzkim czy kampaniach napoleońskich wciąż czekają na swoich odkrywców. Od przeszło 60 lat czeka też złoto ukryte przez nazistów na Dolnym Śląsku. Pewników jest kilka, a zagadek setki.
Być może dlatego Polska jest tak interesującym krajem dla poszukiwaczy.

Największym powodzeniem wśród odkrywców cieszy się Dolny Śląsk, gdzie zrabowane złoto mieli ukrywać hitlerowcy. Do precjozów i podziemnych fabryk po nazistach, jako pierwsza po Rosjanach, szabrownikach i uciekinierach, zabrała się oczywiście wrocławska Służba Bezpieczeństwa. Na celowniku bezpieki znalazło się ponad sto różnych miejsc. Przekazy były tak wiarygodne, że 11 czerwca 1981 r., niewiele przed ogłoszeniem stanu wojennego, do szukania skarbów zza biurka zabrał się sam gen. Wojciech Jaruzelski. "Wrocławskiego złota" nie znalazł, ale poszukiwania nie zakończyły się totalnym fiaskiem. W 1982 r. z ogrodów pocysterskiego klasztoru w Lubiążu udało się wykopać naczynie zawierające kilka kilogramów złotych i srebrnych monet. Do tej pory nie wiadomo, jakie i czyje kosztowności znaleźli polscy komuniści.

Nie jest natomiast tajemnicą, że rabowanie dzieł i skarbów polskiej kultury, zwłaszcza podczas wojny, było domeną hitlerowców. W pośpiechu i strachu przed radziecką ofensywą naziści zdołali ukryć część skarbów. Resztę rozgrabili nacierający Rosjanie. Wielokrotnie wskazywały na to raporty i sprawozdania rewindykacyjne z 1945 r. dotyczące transportów z Królewca czy Dolnego Śląska. Prawdopodobnie nigdy nie dowiemy się, co dokładnie ukryli hitlerowcy, a co udało się odnaleźć i zagrabić wojakom Armii Czerwonej.

Rosjanie cały czas milczą, ale niechętni do rozmów są też Niemcy. Według Włodzimierza Antkowiaka, autora książki "Poszukiwanie skarbów ukrytych w Polsce", nigdy nie udało się dowiedzieć szczegółów odnośnie do akcji ukrywania jakichkolwiek przedmiotów czy planów działania ukrytych podziemnych fabryk. Owiane tajemnicą pozostają też ładunki zatopionych statków ewakuacyjnych, takich jak "Goya" czy "Wilhelm Gustloff". Wedle niektórych teorii ten drugi miał transportować na pokładzie słynną Bursztynową Komnatę. Nazistowski wrak leży obecnie 22 mile na północ od Łeby. Był wielokrotnie penetrowany przez płetwonurków, ale najwidoczniej ich poszukiwania spaliły na panewce. Od 1994 r. miejsce to stało się mogiłą wojenną i nurkowanie tam jest zabronione.

Mityczny skarb templariuszy


Złoto Zakonu Ubogich Rycerzy Chrystusa Świątyni Salomona, czyli templariuszy, od wieków rozbudza ludzkie pożądanie. Trudno się dziwić, bo na swoją fortunę, zakon miał pracować od początku XII w. Walki z niewiernymi, a przede wszystkim wachlarz oferowanych usług finansowych, okazały się wyjątkowo intratnym zajęciem.

Tyle że to mityczne bogactwo Saracenów miało zgubić "ubogich" rycerzy. Dlaczego? Bo byli wierzycielami króla Francji Filipa Pięknego. Zadłużony monarcha w 1307 r. oskarżył rycerzy zakonnych o herezję, bluźnierstwa i odstępstwo od wiary. Ze względu na naciski polityczne Sobór w Vienne zdelegalizował templariuszy, a wielki mistrz Jakub de Molay i kilkudziesięciu zakonników spłonęli na stosach. Jak nietrudno się domyślić, nie obyło się także bez konfiskaty francuskich majątków templariuszy. Również paryskiego templum. Tylko że mityczny skarb, o który za pewne chodziło Filipowi, po prostu wyparował. Złota templariuszy poszukiwano w Hiszpanii, Portugalii oraz Szkocji. Bezskutecznie. Co bardziej optymistyczni poszukiwacze twierdzą, że kolejny trop prowadzi jednak do Europy Wschodniej i komandorii w Chwarszczanach, zachodniopomorskiej miejscowości położonej na północ od Kostrzyna. Tylko jak powiązać złoto z Paryża z komandorią na pograniczu ziem polskich? Chwarszczańskie templum było otoczone bagnami i mokradłami. Pod zabytkową kaplicą mogą się znajdować korytarze kryjące tajemnice

Zakon templariuszy skasowano w roku 1312. Niektórzy twierdzą, że ten okres wiąże się z tajemniczym wzbogaceniem się Krzyżaków. Drugim śladem wskazującym na ukrycie albo chociaż przewiezienie skarbu do Marchii Brandenburskiej miałoby być łagodne traktowanie tutejszych templariuszy, którzy po rozwiązaniu własnego zakonu mieli wstąpić do joannitów. Chwarszczańskie templum było otoczone bagnami i mokradłami. Zakon był doskonale znany z umiejętnego przeprowadzania melioracji, między innymi w Paryżu. Stąd domysły, że pod zabytkową kaplicą, na głębokości kilku bądź kilkunastu metrów mogą znajdować się korytarze kryjące niejedną tajemnicę.

Podobno archeolodzy, którzy pracowali w Chwarszczanach od 2004 do 2008 r., spotkali się z nieprzyjemnościami ze strony ludności, a tajemniczy jegomość nawoływał nawet do zaprzestania robót. Co dziwniejsze, prace miały przynosić coraz lepsze rezultaty. Plotka głosi, że prace przerwano, bo jeden z naukowców miał popełnić samobójstwo. Ponoć miał wycięty na czole krzyż - symbol templariuszy. Nie wiadomo jednak, ile tej historii wyssano z palca.

Złoty Pociąg, czyli skarby wrocławian i Bursztynowa Komnata


O ile od czasów ukrycia skarbu templariuszy dzielą nas już przeszło trzy wieki, o tyle od zaginięcia Złotego Pociągu minęło dopiero 68 lat. Lokomotywa ochrzczona tym mianem miała wyjechać z zakładów zbrojeniowych w Petersdorfie w listopadzie 1944 r. Ponoć 12 składów zostało po brzegi wyładowanych kosztownościami i największymi skarbami Rzeszy. Zgodnie z legendami pierwszą załogę pociągu zabito, składem zajęli się esesmani, a lokomotywę i jej ładunek ukryto w podziemnym kompleksie góry Sobiesz pod Piechowicami na Śląsku.

Co dokładnie wiózł nazistowski pociąg? Według różnych źródeł miało to być Wrocławskie Złoto, Bursztynowa Komnata, dzieła sztuki skradzione w Polsce i Rosji, część depozytów Centralnego Banku Rzeszy albo tajne archiwa nazistów.

Wrocławskie Złoto to zbiór cennych przedmiotów oddanych do depozytu przez ludność Dolnego Śląska na mocy wydanego w 1944 r. zarządzenia ministra finansów III Rzeszy. Wśród poszukiwaczy krążą rozmaite historie, gdzie ukryto taki ogrom kosztowności. Bardzo prawdopodobne, że część skarbu znajduje się w Białym Jarze, na zachodnich stokach Śnieżki, w Karkonoszach. Mają o tym świadczyć między innymi świadectwa hauptmanna Herberta Klose, który razem z Egonem Ollenhaurem z SS zajmował się poszukiwaniem miejsc odpowiednich na skrytki. Tylko gdzie, według naocznego świadka, ukryto złoto?

Klose nigdy nie wskazał konkretnego miejsca, ale zasugerował, że część Wrocławskiego Złota może być przechowywana w szybach Białego Jaru, które nazywają się Gustaw i Heinrich. Podobną hipotezę miał potwierdzić polski radiesteta Karol Tomala. Na początku lat 80. na stoku Jaru wskazał miejsca wylotów szybów. Według szacunków Tomali na głębokości 20 m znajdują się setki kilogramów, a może i tona wyrobów ze złota oraz kilka ciał. Ale to tylko jedna z setek hipotez.

Niewątpliwie jeszcze większą legendą niż Wrocławskie Złoto obrósł mit Bursztynowej Komnaty. Bursztynowy gabinet został wykonany na zamówienie króla pruskiego Fryderyka I Hohenzollerna w XVIII w. Ściany pokoju o wymiarach 10,5 x 11,5 m pokryto kawałkami bursztynu zlewającymi się w płaskorzeźby, herby i mozaiki. W 1716 r. komnata, jako dar, trafiła do rąk cara Piotra I Wielkiego, żeby ponad 200 lat później, podczas najazdu hitlerowskich Niemiec, wrócić do Królewca. Ostatnia pewna informacja na temat tego dzieła sztuki pochodzi z 1944 r., kiedy do miasta zbliżał się front. Wtedy komnatę spakowano do skrzyń.

Co stało się dalej? Być może wróciła do Reichu, a później została zapakowana do Złotego Pociągu, może ktoś ją ukrył albo została zniszczona? Ponoć rządy doskonale wiedzą, gdzie schowane są precjoza. Jedną ze wskazówek miała być bardzo trafna lista skrytek sporządzana przez Günthera Grundmanna, ostatniego Konserwatora Zabytków Dolnego Śląska. Według teorii niektórych znawców sztuki i poszukiwaczy komnatę pokazano już w 2003 r. Ponoć kopia, którą można oglądać w pałacu carycy Katarzyny w Carskim Siole pod Petersburgiem, to oryginał. Zdaniem historyka sztuki Mirosława Figla ujawnienie tej informacji to tylko kwestia czasu.

Warszawskie skarby


Cztery lata po zwycięstwie grunwaldzkim Jagiełło i Witold wytoczyli Krzyżakom kolejną wojnę, która na kartach historii zapisała się jako wojna głodowa. W 1414 r. poziom Wisły był całkiem spory, co utrudniało przeprawę wojsk. Z opracowania prof. Mariana Biskupa wynika, że oddziały nadchodzące ze wschodu podczas przeprawy przez rzekę straciły kilka ciężkich dział i kilkuset zbrojnych. Na odkrywców czekają więc artyleryjskie białe kruki. Nawet jeżeli nie udałoby się odnaleźć spiżowych bombard czy moździerzy, hełmy wojskowych z tamtego okresu byłyby nie lada gratką.

We wrześniu tego roku niski poziom wód Wisły pozwolił na odnalezienie skarbów z czasów potopu szwedzkiego. Zespół archeologów Uniwersytetu Warszawskiego wyłowił fragmenty fontann i kolumn, które najeźdźcy próbowali wywieźć z Polski na tratwach ponad 300 lat temu. A to wcale nie koniec rewelacji, które mogą ukrywać spienione wody rzeki.

Podobna informacja zelektryzowała warszawskich poszukiwaczy amatorów, którzy sukcesywnie i z uporem maniaka próbowali przeszukiwać miejsca, gdzie pracowali wykwalifikowani archeolodzy. Przejścia monitorowała policja, ale to wcale nikogo nie zniechęcało. W miejscu odkryć co tydzień pojawiało się kilkanaście osób. Liczby mówią więc same za siebie.

Milion dolarów za 80 proc. tyranozaura

Milion dolarów za 80 proc. tyranozaura

21-05-2012 15:44

Już po kontrowersyjnej aukcji w Nowym Jorku

Milion dolarów za 80 proc. tyranozaura
Ten dinozaur poszedł pod młotek. Sprzedano go za milion dolarów
ReutersTV
Milion dolarów - tyle zapłacił anonimowy kolekcjoner za szkielet tyranozaura wystawiony na aukcji w Nowym Jorku. Nie obyło się bez dramatycznych zwrotów wydarzeń: rząd Mongolii na kilkadziesiąt godzin przed licytacją stwierdził, że szkielet jest jego własnością.
Tyrannosaurus bataar jest dalekim kuzynem słynnego Tyrannosaurusa rexa - czarnego charakteru "Parku Jurajskiego" Stevena Spilberga. Gad ten ok. 75 milionów lat temu biegał po Azji, przed siedmioma laty wykopano go z piasków chińskiej części pustyni Gobi.
Co innego twierdzi prezydent Mongolii, który uważa, że szkielet został potajemnie wywieziony z jego kraju. Polityk oprotestował aukcję i na 48 godzin przed licytacją domagał się zwrotu szkieletu. Amerykanie odrzucili roszczenie Mongołów mówiąc, że nie ma żadnych dowodów na to, że tyranozaur pochodzi z miejsca innego innego niż chińska część pustyni Gobi.
Dobrze zachowany
Szkielet wylicytowanego dinozaura ma ok. 2,5 metra wysokości i trochę ponad siedem metrów długości. Jego szkielet jest kompletny w 80 proc., co w rzeczywistości oznacza, że jest wyjątkowo dobrze zachowany.
- Niewiele osób zdaje sobie sprawę, że nawet w muzeach większość szkieletów dinozaurów jest kompletnych w 50 albo nawet mniej procentach - zachwala David Herskowitz, dyrektor ds. historii naturalnej w Heritage Auctions, jednym z największych domów aukcyjnych świata. To właśnie on wystawił dinozaura na licytację.
Od czasu odnalezienia szkieletu był on przechowywany w specyficzny sposób. Kości leżały w ziemi, w której je znaleziono i dopiero przed wystawieniem na aukcję zostały z niej oczyszczone.

Odkopali mamuta sprzed 10 tysięcy lat

 
 

 

Odkopali mamuta sprzed 10 tysięcy lat

Meksykańscy archeolodzy odkopali dobrze zachowany szkielet mamuta sprzed 10 tysięcy lat. Wyjątkowo cennym znaleziskiem są długie na 1,8 m kły prehistorycznego zwierzęcia.

Szkielet został odkryty w gminie Huimilpan w południowej części kraju. Dobrze zachowały się szczególnie kły i czaszka zwierzęcia.
- Szkielet datujemy na 10-15 tysięcy lat. To niezwykłe znalezisko, bo szczątki łatwo ulegają zniszczeniu - mówi archeolog Fiorella Finoglio, uczestnicząca w wykopaliskach. Jak dodaje, znalezienie szczątków było możliwe dzięki ostatnim powodziom, które rozmiękczyły glebę i ułatwiły kopanie.
Ciosy mamuta o długości 1,8 m trafiły już do lokalnego muzeum i Queretaro. Jego władze mają nadzieję, że niedługo uda się pokazać je publiczności.
jk//bgr/k

Rekordowy skarb znaleziony na polu

 

Rekordowy skarb znaleziony na polu

Największy w historii zbiór biżuterii i kosztowności należący do Anglosasów znaleziono zakopany na polu w Staffordshire. Zawiera ponad 1,500 złotych i srebrnych przedmiotów, które mogą pochodzić nawet z VII wieku.

55-letni Terry Herbert dokonał odkrycia za pomocą wykrywacza metalu. Od 18 lat poszukuje w taki sposób ciekawych znalezisk. Całość warta jest miliony dolarów, ale jak wiele - tego nikt dokładnie nie wie. Szacowanie wartości znaleziska potrwa około roku.
Specjaliści już dziś mówią, że to odkrycie jest równie cenne, jak odnalezienie Księgi z Kells - jednego z najcenniejszych średniowiecznych manuskryptów, pochodzącego z około 800 roku.
W sumie odkopana złota biżuteria waży około 5 kg, a srebrna - 2,5 kg. To więcej, niż odkrycie Suttona Hoo w 1939 roku, gdy odkopano 1,5 kg anglosaskich kosztowności.
jak/tr

Wart miliardy skarb ukryty pod świątynią

  • Świat
  • Biznes
  • Sport
  • Ekstraklasa
  • Meteo
  • Kultura i Styl
  • Tech
  • Więcej
  • Więcej
  • Wart miliardy skarb ukryty pod świątynią

    Podczas prac badawczych pod jedną z indyjskich świątyń odkryto niewyobrażalny skarb. Wstępne szacunki mówią, że jego wartość wynosi około 22 miliardy dolarów, czyli około 1,7 procent PKB Indii. Miejscowy maharadża twierdzi, że skarb należy do niego i jest bezcenny ze względu na swoją wartość historyczną i kulturową.

    Kosztowności odkryto pod świątynią Śri Padmanabhaswamiego w mieście Triwandrum w stanie Kerala na południu Indii. Na skarb natknęła się ekipa prowadząca prace konserwacyjne na zlecenie władz lokalnych i Sądu Najwyższego Indii. Badanie krypt pod świątynią nakazano, ponieważ władze chciały oszacować wartość budynku na potrzeby trwającego procesu o kontrolę nad nim.
    Bezcenne znalezisko
    Siedmioosobowa ekipa konserwatorów otworzyła już co najmniej dwie z sześciu krypt zamkniętych od ponad stu lat. Wydział ds. archeologii stanu Kerala (którego stolicą jest Triwandrum) nie zezwolił na szczegółowe informowanie o ich zawartości. Mimo to do indyjskiej prasy przedostały się informacje dotyczące wartości znaleziska, oszacowanego na około 22 mld dolarów (15 mld euro), co równa się około 1,7 procent PKB Indii.
    Według miejscowych źródeł w pierwszej z nich znaleziono złoty posąg Padmanabhaswamiego - jednej z postaci Wisznu, przedstawionego w pozycji "wiecznego snu", dwukilogramowe statuetki ze złota, naszyjniki z kamieni szlachetnych, korony i szmaragdy. Dziennik "The Times of India" pisze też o tonie złotych monet z epoki napoleońskiej i czasów panowania Brytyjczyków oraz o worku diamentów.
    Kiedy odnaleziono skarby, lokalne władze podjęły decyzję o wzmocnieniu ochrony świątyni. - Zainstalowany zostanie w niej system alarmowy i kamery, a pilnować jej będzie 120 funkcjonariuszy - poinformował szef lokalnej policji Manoj Abraham.
    Zaogniony spór
    Odnalezienie skarbu może wzbudzić dodatkową polemikę wokół decyzji sądowej dotyczącej sprawowania kontroli nad świątynią. W ostatnich latach maharadżom Trawankoru zarzucano, że nie są w stanie zapewnić zabytkowi wystarczającej ochrony i Sąd Najwyższy stanu Kerala przekazał świątynię w gestię władz stanowych. Obecnie sprawa znajduje się w sądzie apelacyjnym.
    Rodziny indyjskich maharadżów straciły większość tytułów i przywilejów w 1971 roku, ale ród Trawankor ze stanu Kerala zdołał utrzymać nadal wysoką pozycję społeczną. Maharadża Uthradan Thirunaal Marthanda Varma oznajmił, że skarby ze świątyni należą do jego rodu. Według rzecznika pałacu w Trawankorze wartość skarbu podawana przez prasę to spekulacje; zasadniczo znalezione przedmioty są bezcenne z uwagi na ich wartość historyczną i kulturową.
    Świątynia zbudowana w XVI wieku powstała dla uczczenia boga Wisznu i była kontrolowana przez maharadżów księstwa Trawankoru, które w 1947 roku weszło w skład niepodległych Indii.
    mk\mtom\k

    wtorek, 25 lutego 2014

    Kim jest Ukrainka, której dramatyczny apel obejrzały miliony internautów?

    "Dzień Dobry TVN": Kim jest Ukrainka, której dramatyczny apel obejrzały miliony internautów?
    aktualizacja2014-02-24(08:03)2 dni i 13 minut temu| 321 opinii
    321
    udostępnij
    16

    1/4 fot. Youtube



    Jej poruszające wideo o sytuacji na Ukrainie, które opublikowała na YouTube, poruszyło miliony serc. Szukał jej cały świat. Nikt nie wiedział, kim jest młoda dziewczyna, która ze łzami w oczach prosiła o pomoc dla swojego kraju.


    - Jestem Ukrainką z Kijowa i teraz jestem na Majdanie, w centrum mojego miasta. Chcę, żebyście wiedzieli, dlaczego tysiące ludzi z całego mojego kraju są na ulicach. Jest tylko jeden powód: chcą być wolni od dyktatury, chcą być wolni od polityków, którzy myślą tylko o sobie, którzy są gotowi strzelać, bić ludzi i ich ranić tylko po to, by ocalić swoje pieniądze, swoje domy i bogactwa. Chcę, by ci odważni ludzie, którzy tu są, którzy mają godność, mogli żyć normalnie. Jesteśmy cywilizowanymi ludźmi, ale nasz rząd jest barbarzyński. Już nie jesteśmy Związkiem Radzieckim! - mówiła.

    Jarema Jamrożek jako pierwszy odnalazł autorkę dramatycznego apelu. W ślad za nim poszedł Żenia Klimakin, dziennikarz z Sekcji Rosyjskiej Polskiego Radia, który przeprowadził z nią wywiad dla "Dzień dobry TVN".

    Kim jest Ukrainka i co skłoniło ją do nagrania wideo?







    AR/AOS